06 czerwca 2015

scena czternasta.


Z błogim uśmiechem na twarzy podchodzę do drzwi mojego mieszkania. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się całkowicie wolna od wszelkich zmartwień i próbuję czerpać z tego stanu jak najwięcej, gdyż nie potrwa on długo. Już jutro czeka mnie ciężki dzień i znów będę musiała wejść w rolę, którą odgrywam już zbyt długo, by się jej całkowicie pozbyć.

Czy to nie zabawne? Każdy w coś gra. Każdy udaje, a nie jest do końca sobą. Każdy gra więcej niż jedną rolę. I to zabawne jak łatwo jest przejść z jednej postaci w drugą.

Zanim dosięgam dłonią powierzchni klamki, ktoś odwraca mnie w swoją stronę. Nie daję po sobie poznać, jak bardzo wystraszona jestem. Zamiast tego przywdziewam maskę wrednej, ironicznej i niezłomnej Anki i podnoszę wzrok na nieznajomego. Jego widok napawa mnie niedowierzaniem. Jak ON mógł przyjść TUTAJ?! KTO mu na TO pozwolił!? Właśnie teraz siatkarzyk narusza moją przestrzeń osobistą, a ja nie zamierzam na to pozwalać.

- Zgubiłeś drogę do domu, chłopczyku? – mówię najzimniejszym tonem na jaki mnie stać. – To nie schronisko, wynoś się stąd – wyrzucam z siebie i ze złością patrzę, jak on uśmiecha się w ten wkurwiający sposób. Jakby czuł się panem wszechświata i mógł mówić i robić cokolwiek zechce.

- Nie udawaj, że się nie cieszysz na mój widok. Przecież widzę – odpowiada pewnie.

- Niby co widzisz? – pytam z politowaniem, unosząc jednocześnie prawą brew do góry.

- To – odpowiada, a chwilę później czuję jego usta na swoich.

Co może zrobić dziewczyna w momencie, gdy całuje ją ktoś, kto niewątpliwie zna się na rzeczy? Na pewno się temu nie opiera. Jednak nie wszystkie dziewczyny pozwalają sobie na całkowite zapomnienie. Chwila mojej słabości minęła, pozostawiając po sobie rozdrażnienie i gniew.

- Nie próbuj tego więcej. Nie ze mną. Nie jestem dziwką, którą przelecisz i porzucisz. A teraz się stąd wynoś – mówię odpychając go, czym zaskakuję i siebie i jego.

- Nie chcesz tego. Widzę to w twoich oczach – mówi bez cienia ironicznego uśmieszku na twarzy. – Nie chowaj się za swoimi murami. Pozwól mi przez nie przejść.

Próbuję protestować, lecz jego idealny, pełen czułości pocałunek mi to uniemożliwia. Poddaję się. Nie mam siły, by go od siebie odepchnąć. Oddaję mu pocałunek, wkładając w niego wszystkie odczuwane w tej chwili emocje, jednak znów nachodzi chwila otrzeźwienia. Odwracam głowę w bok, uniemożliwiając mu to, co robił do tej pory.

- Nie chowaj się za murami, skarbie – szepcze w moje włosy.

A ja? A ja po raz pierwszy daję się ponieść chwili. Być może będę tego żałować. Ale w tej chwili liczy się tylko ON. Bo tylko ON potrafi przebić się przez moją ochronę. Tylko On próbuje.

I czy to nie dziwne, że nawet nie znam jego imienia?


________        ________       _________

Krótko. Ale całe opowiadanie takie jest. Cóż poradzić?
Dodaję po dwóch tygodniach. Powód? Nie mam problemów z pisaniem, tym bardziej, że ostatnia scena spektaklu już została napisana. Chciałam dać wam więcej czasu na znalezienie swojego czasu, by wpaść, przeczytać i skomentować. Nie oszukujmy się. Trzy komentarze mnie nie satysfakcjonują. Oczywiście cieszę się z nich, bo są to osoby, które są ze mną bez względu na wszystko i wiem, że mogę na nie liczyć. Ale nie wiem, czym spowodowany jest ten spadek. 
W każdym bądź razie mam jedną, ale ważną prośbę. Jeśli czytasz, to komentuj. Byłoby miło. ;)

24 maja 2015

scena trzynasta.

Nie dane mi jest wziąć swoich rzeczy z garderoby. Nawet nie otworzyłam jeszcze drzwi, kiedy czuję na ramieniu czyjś dotyk. Wspomniałam już, że nie lubię, gdy dotyka mnie ktoś, kto nie ma do tego absolutnie żadnego prawa? Cenię swoją przestrzeń osobistą, dlatego odwracam się i mierzę ostrym wzrokiem siatkarza. Jego ironiczny uśmieszek nie robi na mnie żadnego wrażenia, nie nęci mnie, by dotknąć jego brzucha i poczuć mięśnie, a patrząc w jego błękitne, jak toń morska, błyszczące oczy… Cholera. Czym prędzej odwracam się od niego, by nie mógł zauważyć żadnej zmiany na mojej twarzy. Nie widzę więc uśmieszku zadowolenia, który pojawia się na jego twarzy chwilę później.

Wchodzę do pomieszczenia i szybkim ruchem zbieram wszystkie swoje rzeczy, a potem odwracam się w kierunku.. zamkniętych drzwi. Na mojej drodze stoi siatkarz – nie wiem nawet jak ma na imię – a ja zastanawiam się nad swoim położeniem. Mogę go zbyć jakimś tekstem. Mogę go sprowokować, a potem przyłożyć mu w czułe miejsce. Mogę też grać. Ale nie wybieram żadnej z tych opcji, bo moje myślenie się wyłącza, gdy czuję jego wargi na moich.

Pocałunek na pewno nie jest delikatny i wcale nie chodzi mi o to, że jego przydługi zarost kłuje mnie w policzki. Odsuwam się od niego, choć muszę przyznać, że nie mam na to ochoty. Najchętniej zaciągnęłabym go w jakieś ustronne miejsce, po czym wyzbyła się wszelkich zahamowań. Ale jedyne co robię, to uśmiecham się dokładnie tak samo jak on, czyli ironicznie i zostawiam go zdezorientowanego na samym środku garderoby. Czuję jego palący wzrok, błądzący gdzieś w okolicy moich pleców i odrobinę poniżej nich. Zamykam za sobą drzwi, a potem szybko wchodzę w korytarz zamknięty dla nieuprawnionych i skrótem wychodzę przed budynek. A wszystko to, by mnie nie znalazł i nie szedł za mną. Nikt nie ma prawa przejść progu mojego mieszkania. To moja świątynia, miejsce kultu. Nie wejdzie do niej nikt obcy. Nawet ksiądz z kolędą.

Wieczór spędzam wyjątkowo. Tylko w dzień premiery pozwalam sobie na całkowite rozluźnienie. Gdy wybija godzina 22, ubieram letni płaszczyk, czarne szpilki i wychodzę na miasto. Lubię poczuć tę magię, która otacza każdego człowieka. Na co dzień jej nikt nie dostrzega, ale są takie wyjątkowe momenty, jak ten dzisiaj, kiedy jest ona prawie namacalna. Aż chciałoby się stanąć w miejscu, w którym nic nie zasłania blasku gwiazd na bezchmurnym niebie, wyciągnąć ręce do góry i spróbować poczuć noc. Dzisiaj jest niby tak samo, a jednak inaczej. Idąc opustoszałymi uliczkami Żor, natrafiam na gitarzystę siedzącego na murku i grającego miłosną balladę. Otacza go grupka ludzi, którzy tak jak ja zatapiają się w melodii i utożsamiają z nią. Na chwilę zamykam oczy. Przypominam sobie dzisiejszy pocałunek i czuję delikatne mrowienie na ustach. Uśmiecham się sama do siebie i otwieram oczy. Mój wzrok zatrzymuje się na znajomej sylwetce. Poznaję go. Wygląda na to, że w dzisiejszą noc nawet myśli mają niezwykłą moc. Patrzę na niego jeszcze chwilę, a potem znikam w ciemnych uliczkach, by jego wzrok mnie nie dosiągł. 


><><><><><><><><

Znowu krótki, ale tym razem bez dialogów. Same opisy. Nie ukrywam, że w dalszych rozdziałach będzie i dużo. ;)

Anka jak widać ma serce. Nie pokazuje się nikomu od tej strony na co dzień. Może po prostu ma wstręt do ludzi? Woli otaczać się murem w ich obecności. 

Co myślicie o zachowaniu siatkarzyka? (W notce pod poprzednią sceną podałam jego imię. Jest ono również w zakładce z bohaterami, więc nie będę go ukrywać.) Zbyt pewny siebie? Odpowiedni dla Anki? Chcę znać waszą opinię! ;)


17 maja 2015

scena dwunasta.

Ostatnie uwagi Adama, skierowane w moją stronę, wchodzą mi do głowy jednym uchem, a wylatują drugim. Nie żebym go miała kompletnie gdzieś, ale ja doskonale wiem, co mam robić. I nikt nie musi mi dawać żadnych wskazówek. Umiem doskonale się wczuć w postać bohaterki, którą odgrywam. Wiem jak zaprezentować jej uczucia i to jest najważniejsze.

- Adam , uspokój się, dobrze? – mówię, kładąc mu dłonie na ramionach. – Dałeś z siebie wszystko. Jesteśmy przygotowani. Nie musisz się denerwować – ciągnę, delikatnie rozmasowując mu spięte mięśnie.

- O proszę! Już sobie znalazłaś następnego? -  pyta moja zazdrosna koleżanka. – Nie minęło nawet dziesięć minut! Szybka jesteś.

- Twój jad wypala mi dziurę w sercu. Jak możesz być taka okrutna? A tak poza tym, to ja mam przynajmniej w czym wybierać – uśmiecham się do niej uroczo i ustawiam się na swoim miejscu na scenie.

Słyszę głośne brawa, którymi obdarowany został prezenter zapowiadający nasze wyjście. Gość niesamowicie przynudzał, więc nie dziwię się, że dostał taki aplauz. Sama się do niego przyłączam. Na sali zapada ciemność, co dla nas, aktorów, jest sygnałem do wyzbycia się wszelkich myśli i skupienia się na graniu. W następnym momencie kurtyna mknie w górę, a my zaczynamy show.

Szczęście, gniew, wściekłość, smutek, groza, tajemniczość, uległość, strach, przerażenie, ból, przejęcie, rozpacz, żal, rozżalenie, złość, zaniepokojenie, niepewność, pragnienie, odraza, nienawiść, miłość, zazdrość, wrogość..

Wszystkie te emocje później schodzę ze sceny. Siadam na podłodze i opieram głowę o ścianę. Po każdym spektaklu nadchodzi moment zachwiania. Wtedy nie jestem pewna, czy skończyła się już moja rola i jestem sobą, czy może nadal gram. Chwila oddechu i wciśnięcie wielkiego, czerwonego guzika RESET w mojej głowie zazwyczaj pomaga. Tak też się dzieje tym razem. Po chwili ‘odnajduję siebie w sobie’ i wracam do pozostałych aktorów, którzy już przyjmują gratulację. Jeszcze przez moment za kurtyną rozbrzmiewają brawa, a potem nastaje szmer, który tworzą ludzie rozchodzący się każdy w inną stronę. Przyjmuję gratulację od Adama, a potem również i od Igora. Również mu gratuluję.

W końcu uroczysta atmosfera opada i mam ochotę już tylko i wyłącznie wrócić do domu. Kieruję się w stronę mojej garderoby, kiedy dochodzi mnie wołanie Adama.

- Anna! Zaczekaj!

Zawsze zwraca się do mnie pełnym imieniem, co niezmiernie mnie irytuje.

- Tak? – pytam przesłodzonym głosikiem, jednak moje płonące z irytacji oczy są dowodem na to, jak bardzo zła jestem.

- Mówiłem ci o tym, że ta premiera jest wyjątkowa i że pojawią się ważne szychy?

- Coś mi świta.

- Sponsorzy…

- Nie będę miła. I nawet nie próbuj mnie do tego przekonywać – patrzę na niego gniewnie, a on z rezygnacją kiwa głową.

Chwilę później stoję przed samym Wielkim Trenerem Jastrzębskiej Drużyny Piłki Siatkowej, a tak dokładniej to przed Lorenzo Bernardim. I jak na taką gwiazdę światowego formatu, to czuję się zaskakująco zwyczajnie. Może to przez tego drugiego, co stoi obok niego? Nie znam go, ale sądząc po wzroście i wielkości ręki, która tak nawiasem mówiąc jest jak trzy moje, to zdecydowanie jest siatkarzem. Czy ja się mam czuć jakoś wyjątkowo, czy coś? Bo jak na razie to nie działa i jestem coraz bardziej zirytowana.

Adam zaczyna nawijać po włosku do Bernardiego, a ja stoję jak słup soli i patrzę na wyjątkowo ciekawy kawałek ściany za głowami siatkarzy. Rozumiem po włosku. Wbrew pozorom nie ograniczam się tylko do jednego języka. Ale nie mam ochoty wdawać się w żadne konwersację. Może dzięki temu będę mogła szybciej iść do domu? Zaczynam słuchać dopiero w momencie, gdy trener zaczyna pytać o moją osobę. Udając całkowitą obojętność, śmieję się w duchu z Adama, który nie o końca wie, co ma mu o mnie powiedzieć. Zaczyna się plątać, ale w końcu opowiada mu o moim niebywałym talencie do aktorstwa, parszywym charakterze i niewyparzonym języku. W tym momencie na twarzy drugiego siatkarza pojawia się ironiczny uśmieszek, ale tym się nie przejmuje. Dopiero gdy Adam mówi, że kazał mi się nie odzywać właśnie z tego powodu, krew się we mnie burzy. Próbuję zasztyletować reżysera wzrokiem, ale ten celowo omija mnie wzrokiem.

- No kto by się tego spodziewał po takiej malutkiej aktoreczce – kpi towarzysz Lorenzo.

Spojrzałam na niego oceniającym wzrokiem. Kiedy tylko to zauważył, przeciągnął się tak, by naprężyć mięśnie. Klasyczne zagranie, ale nie dzisiaj, kotku.

- Ani krzty taktu, no ale kto by się tego spodziewał po takim przerośniętym siatkarzyku.

Chyba moje słowa go dotknęły, bo spojrzał na mnie gniewnie i się zamknął, a ja się cieszę ze zwycięstwa, dopóki nie napotykam karcącego wzroku Adama. Unoszę lewą brew do góry. Naprawdę myśli, że go posłucham?


- Wybaczą państwo, ale nie mam czasu na pogaduchy. Mój wewnętrzny potwór domaga się ofiar  – mówię oczywiście po włosku i żegnając ich wszystkim ironicznym uśmieszkiem, odchodzę, kręcąc biodrami jak rasowa modelka.

> < > < > < > < > < > < > < > < > <

Chyba nie jest tak krótko, co? ;D

Dodaję teraz, ale nie wiem, kiedy poinformuję. Mam dziś lekkie urwanie głowy i masę nauki, także.. Co myślicie o wprowadzeniu Michała? Dogadają się? Co się wydarzy? Jakieś teorie? 

Czytasz? Skomentuj, proszę. ;)

09 maja 2015

scena jedenasta.

Spektakl ma rozpocząć się już za chwile, a na samą myśl o tym, moje serce przyśpiesza. Nie jestem stremowana. Nie boję się występów. Wręcz przeciwnie teatr to całe moje życie, a kiedy wychodzę na scenę, czuję, że żyję. I to jest cholernie przyjemne uczucie, bo na scenie nie liczy się dosłownie nic. Cokolwiek zaprzątałoby moją głowę przed wyjściem na scenę – znika. Tak po prostu. I to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze.

- Spoglądanie co chwila na tę masę ludzi nie pomoże ci się odstresować – mówię tonem mędrca do dziewczyny wyglądającej za kurtynę, patrząc na nią z wysoko uniesioną lewą brwią.

- Nie twój zasrany interes – odpowiada zimno, mierząc mnie wzrokiem.

Ja rozumiem, że ciężko mnie lubić, że jak tylko otwieram buzię, to pluję jadem na wszystkie strony, ale akurat w tej chwili nie mam zamiaru się z nikogo nabijać. Tym bardziej, że jak coś pójdzie nie tak, to wszystko zrzucą na mnie. Nie żebym się tym przejmowała.

- Ochłoń, dziewczyno. Odetchnij głęboko i policz do dziesięciu. I przestań zaglądać na publiczność! Przecież jak już wyjdziesz na scenę, to oni cię nie zjedzą! Poza tym powiedzmy sobie szczerze, że gdybyś grać nie umiała, to byś teraz tutaj nie stała. Więc ogarnij swoją osobę i do cholery uwierz w siebie! – wyrzucam z pewnością, po czym odwracam się napięcie zostawiam dziewczynę samą.

Ciężko mi uwierzyć w to, że właśnie przed chwilą byłam miła. No dobra miła nie byłam, ale za to miałam dobre intencje i zamiast się z dziewczyny nabijać, to jej chciałam pomóc? Boże, co się ze mną dzieje? Muszę trochę ochłonąć, bo inaczej nici z mojej cudownej premiery, na którą tyle czekałam. Swoją drogą, nie wiedziałam, że umiem być prawie miła. Zupełna nowość. Chyba to dodam do mojego CV. Będzie się ładnie komponować z ‘sarkazm to moje królestwo, a ironia ulubiony nałóg’.

Wchodzę do swojej garderoby, gdzie zastaję rozwalonego na krześle Igora. Tak swoją drogą, to kto pozwolił mu tu wchodzić?! Są granice, których nawet przyjaciel przekroczyć nie może i na pewno jest nią wejście do mojej garderoby! Oj masz przesrane, stary. Rzucam mu zabójcze spojrzenie, ale on jak to on, nic sobie z tego nie robi.

- Nie przypominam sobie, bym cię tu zapraszała – mówię nad wyraz spokojnym głosem.

- A ja nie przypominam sobie, byś mi kiedykolwiek zakazała tu przychodzić. Pamiętaj słonko, każdy medal ma dwie strony – uśmiecha się do mnie.

Ignoruję go i siadam naprzeciwko wielkiego lustra. Wbrew wszystkiemu nie było ono dookoła ozdobione malutkimi lampkami tak, jak to zawsze jest robione w tych wszystkich amerykańskich filmach. W ogóle realia teatru są zdecydowanie różne od tych ukazanych w filmach. Ale kogo to dziwi? Jako że niedługo będę musiała wyjść na scenę i odegrać swoją rolę, to warto by się było upodobnić nieco do bohaterki, nie? Dlatego też robię to, na co w normalnym życiu nie mam czasu – makijaż. Igor wpatruje się, jak staram się narysować dwie proste linie na górnych powiekach, co z resztą mi nie wychodzi.

- Może przyniosę ci linijkę? – kpi, gdy po raz kolejny muszę poprawiać swoje wątpliwe arcydzieło.

- Jeśli dzięki temu już tu nie wrócisz, to tak – odpowiadam, odkładając eyeliner, kiedy już opanowałam sztukę robienia kresek.

- Dlaczego miałaś zamknięte usta? Chyba po raz pierwszy widzę kobietę, która malując się, nie robi przeglądu swojego uzębienia! – woła rozradowany, ale kompletnie nie wiem, czym.

- Widocznie stać mnie na wizytę u dentysty – mówię bez odrobiny zainteresowania, kończąc nakładać makijaż.

- To faktycznie wiele wyjaśnia. Skończyłaś? Bo jakby nie patrzeć, jesteśmy już trochę spóźnieni.

- Przejmujesz się tym? – pytam zdziwiona.

- Oczywiście, że nie– odpowiada, wychodząc na korytarz i zostawiając otwarte drzwi.

- A ty co tam robiłeś?! – słyszę wrzask dziewczyny z obsady, która mnie wyjątkowo nie lubi. Choć może tylko mi zazdrości?

- Kochanie, pomożesz mi zapiąć sukienkę? – wołam, wychodząc na korytarz i udając, że nie mam zielonego pojęcia, że ktoś jeszcze tu stoi.

- Oczywiście, skarbie.

Igor odwraca się w moją stronę i dopina zamek, który przed chwilą specjalnie odpięłam. Przy okazji zauważam śmiech w jego oczach i sama mama ochotę parsknąć. Nasza ‘koleżanka’ odwróciła się na pięcie, zarzucając włosy do tyłu i gniewnie ruszyła przed siebie. Co ta zazdrość robi z człowiekiem. 


><><><><><><><><


Jakieś nowe wrażenia? ;D

Jak Ruda bardzo celnie zauważyła w swoim komentarzu pod ostatnią sceną, ja się nieźle bawię, pisząc Spektakl. Może dlatego, że Anka jest dla mnie takim niedoścignionym marzeniem? W prawdziwym życiu jestem jej zupełnym przeciwieństwem, a chciałabym, tak jak ona, stąpać twardo po ziemi i nie bać się wyrażać siebie. Ale nie ukrywam, że jadem plułabym tylko w wyjątkowych sytuacjach! ;D

I jeszcze jedno. Jeśli jest ktoś, kto czyta i chciałby dostawać informację o rozdziałach, proszę o informację w komentarzu!  ;)

03 maja 2015

scena dziesiata.

Kasy były oblegane przez ludzi, choć do premiery pozostało kilkanaście godzin. Nie spodziewałam się takiego zainteresowanie, ale cieszy mnie to. Im więcej ludzi, tym bardziej się staram, a skoro i tak moja gra aktorska jest zajebista, to przy wielkiej publiczności gram po prostu zjawiskowo. Wszystko jest płynne i dopracowane. Nie ma żadnego błędu, żadnego niedopracowanego ruchu. Wszystko piękne i idealne. Aż chciałoby się rzygać z tej cudowności, ale to popsułoby całe misternie przygotowane przedstawienie. I szefunia trafiłby szlak. I znów przyszedłby z tym do mnie. I możliwe, że znów otworzyłabym mu w samym szlafroku. Ale przysięgam, że jeśli jego wzrok ześlizgnąłby się choć na chwilkę z mojej twarzy, to w następnej sekundzie oglądałby projekcję kolorowych kwiatuszków w swojej główce. 

Wyobrażenie Adama z mało inteligentnym wyrazem twarzy mnie rozbawia na tyle, że zaczynam się śmiać w głos, zwracając tym uwagę „przyjaciół” „aktorów”. Patrzą na mnie jak na kosmitkę, bo się nie denerwuję, czego o nich nie można powiedzieć. Ale im się nie dziwię. Przecież gdybym ja grała tak fatalnie, też bym się denerwowała. Na szczęście moje, a ich nieszczęście, ja nie znam pojęcia trema, co wyrażam promiennym uśmiechem, którym obdarzam wszystkich w koło obecnych. Niech sobie nie myślą, że ich zdanie mnie choć trochę obchodzi. Tak jestem wredna i dobrze mi z tym.

Wszyscy zaczynają się denerwować jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że Zmey nie dotarł na czas. Mija dziesięć minut od wyznaczonej godziny zbiórki, a jego nie ma. Wszyscy aktorzy chodzą w kółko i już ustalają co zrobią, jeśli chłopak się nie pojawi. Adam lata po całym teatrze, jakby miał co najmniej nasrane w gaciach i każdemu mówi co, jak i kiedy ma zrobić. Uwierzcie, że w tym momencie każdy pracownik teatru patrzy na niego z chęcią mordu w oczach. Nie dziwię im się. Tylko raz reżyser pokazuje się w naszej charakteryzatorni, obwieszczając nam, że jeśli jego główny bohater męski się nie zjawi, to całe przedsięwzięcie szlag trafi, czym jeszcze bardziej stresuje resztę aktorów. A co ja na to? Ja sobie siedzę na swoim miejscu z nogą założoną na nogę i kiwam się do taktu nuconej przez siebie muzyki. Patrzę na ten cały bałagan, który mam miejsce przed moimi oczami i nie mogę uwierzyć, że mam grać z tymi cymbałami w jednej sztuce. Dobrze, że większość scen dzielę ze Zmey’ em, bo inaczej byłoby kiepsko.

Kolejne pięć minut później pojawia się główny męski bohater Adama z wielkim uśmiechem na twarzy, który zdaje się mówić: Ha! I co, nie spodziewaliście się mnie tak wcześnie! Śmieję się w głos, widząc zdezorientowane miny aktorów. Spodziewali się czegoś w stylu: Przepraszam! Zaspałem! To się więcej nie powtórzy!, a tymczasem się przeliczyli. Igor nie ma w zwyczaju przepraszać. Powinni to już wiedzieć. Tak samo, jak powinni zauważyć, że spóźnia się na każdą premierę. Dlaczego? Kiedyś powiedział mi, że to jego stały rytuał, bo widok wkurwionych min reszty zespołu, działa na niego jak wielka publiczność na mnie. Czasem mam wrażenie, że oboje urwaliśmy się z kosmosu. Ale to tylko czasami.

- Ktoś się za mną stęsknił? – rzuca wesołym tonem Igor.

- Oni raczej nie. – Wskazuję gestem na zestresowanych aktorów. – Już planowali, kto zagra twoją rolę. Radzę ci uważać – mówię z uśmiechem.

- Czuję się dotknięty – pociąga nosem, a uśmiech znika mu z twarzy. – A nie. To tylko katar.


Śmieję się z min „kolegów z pracy”. Nie mam żadnych wątpliwości, że w tym momencie mają ochotę wrzucić mnie i Zmey’ a do jakiegoś głębokiego jeziora, uprzednio przywiązując nam do stóp stukilowe ciężarki. Ale my się nie damy! Co to, to nie! Nie dostaniecie mojej roli, wredne hieny! 

><><><><><><

Dobra wiadomość jest taka, że następny będzie odrobinę dłuższy. Zła jest taka, że ta odrobina, to naprawdę odrobina. ;D
Macie różne opinie na temat Anki i bardzo mi się to podoba! Lubię wzbudzać chaos. Dobrze, że dostrzegacie tę 'rodzinną stronę' bohaterki. Każdy człowiek ma swoje demony, z którymi musi sobie w taki czy inny sposób poradzić. Czy to grzech, że Anka radzi sobie akurat w taki? 
Zostawiam was z tym pytaniem. Do następnego! ;*

26 kwietnia 2015

scena dziewiata.

Tą jedną rozmową obudziłam w sobie wiele emocji, o których istnieniu już zapomniałam. Jeszcze niedawno myślałam, że w swoim życiu jestem nikomu niepotrzebna, a teraz wiem, że Ada mnie potrzebuje, że potrzebuje mnie również Inga. Są w stanie sobie poradzić same, ale wiem, że moje wsparcie jest im potrzebne. Tymczasem biorę się w garść. Nie mogę jutro wyglądać jak zmora chociaż ciemne wory i zaczerwienione oczy pasowałyby do mojej roli. Przemywam twarz zimną wodą i patrzę na swoje odbicie w lustrze. Patrzę na dziewczynę, która po raz pierwszy od dłuższego czasu czuje się potrzebna i podoba jej się to uczucie.

Uśmiecham się sama do siebie. Czasem naprawdę się zastanawiam, która strona jest maską, a która moją prawdziwą osobowością. Ciężko je odróżnić, skoro w jednej chwili warczę na wszystkich wkoło, a w następnej płaczę nad losem siostry. A może to jest właśnie klucz? Cierpienie innych mało mnie obchodzi, ale gdy cierpi ktoś, kogo kocham, nie mogę na to patrzeć obojętnie. Taka już jestem. Skomplikowana. Trochę zagubiona. Odrobinką samotna. 

Otwieram oczy, kiedy promienie słońca wpadają przez niezasłonięte okno prosto na moją twarz. Na moje usta wypływa leniwy uśmiech, ale schodzi, gdy tylko przypominam sobie o dzisiejszej premierze. Spanikowana podnoszę się do pozycji siedzącej, ale uspokajam się dopiero wtedy, gdy widzę na zegarze godzinę 7.45. Wzdycham z ulgą. Nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdybym się spóźniła na próbę. Adam by mnie zabił i miałby z tego pewnie wielką radość. Ale muszę cię rozczarować szefuniu. Dzisiaj będę na czas, ha! Z nową energią wstaję z łóżka i pędzę do łazianki. Puszczam sobie radio, by podszkolić swój wokal. W końcu prysznic to najlepsze miejsce do ćwiczeń. Po zakończonej kąpieli owijam się puchatym ręcznikiem i wcieram w ciało balsam. Delikatny zapach jaśminu dochodzi do moich nozdrzy. Wychodzę z łazienki i idę po świeże ubranie na dziś. Decyduję się na dżinsowe rurki, białą koszulkę z napisem „Sexy BITCH” i do tego beżową marynarkę i baleriny. Zadowolona, że nie spędziłam przy szafie całego dnia, idę do kuchni i wpycham w siebie Monte. Szybko parzę sobie kawę, a czekając aż odrobinę się ostudzi, staje przed lustrem i próbuję zrobić coś z gniazdem wron na mojej głowie. Na szczęście niedawno wzbogaciłam się o piankę prostującą, która o dziwo daje jakieś efekty. Nakładam cienką warstwę na włosy i rozczesuję. Zadziałało. Gniazdo wron zmieniło się w prawie proste, czarne kosmyki. Magia. Dopijam kawę i opuszczam mieszkanie, zamykając je na klucz, choć i tak nie mam tam nic wartościowego. Każdy złodziej, który pokusiłby się o włamanie, wyszedł by z tego miejsca z pustymi kieszeniami i wielką nienawiścią dla właściciela, czyli mnie. A ja mam to w czarnej dupie.


Ruszam w stronę teatru, podśpiewując pod nosem piosenki z radia. Tak świecie! Właśnie mam dobry humor. Nie spierdol tego!  

><><><><><><><

Witam! 
Krótki rozdział, nie linczujcie! Miałam dodać tydzień temu, ale nie wyszło. Teraz się będę starać dodawać regularnie co tydzień. Dodawanie dwóch rozdziałów w krótkim odstępie czasu nie jest najlepszym rozwiązaniem. Chcę wam dać czas na przeczytanie, nawet jeśli w rozdział nie trzeba się szczególnie wczytywać, bo brak dłuższych treści to uniemożliwia. ;)
Ale obiecuję, że z czasem rozdziały zwiększą objętość. Nie będę bardzo długie, ale na pewno dłuższe niż ten. 
Dziękuję tym, którzy są tutaj nadal pomimo długiej przerwy! Cieszę się, że ze mną zostaliście! <3

12 kwietnia 2015

scena osma.


W dużo lepszym nastroju wchodzę do kuchni i stawiam wodę na herbatę. Zapowiada się jutro bardzo udany wieczór, co przyjmuje z radością. W końcu będę mogła poznać nowych ludzi i zrazić ich do siebie swoim zachowaniem. Wiem, że dla wielu wydaje się to dziwne, ale ja z tego czerpię rozrywkę. Nie jestem typem człowieka, który na każdym kroku musi być otoczony ludźmi. Wolę raczej spędzić czas w samotności i zająć się sobą, niż imprezować w każdym klubie z coraz to nowszymi kochasiami. Zbyt dużo miałam do czynienia z przypadkami nieplanowanej ciąży, do której doszło właśnie w takiej sytuacji. Zraziłam się do klubów i do szalejącej w nich młodzieży, co nie znaczy, że już tam wcale nie zaglądam. Czasami potrzebuję troszkę adrenaliny i szaleństwa, a głośna muzyka i dzikie ruchy mi to zapewniają. Może i różnię się znacząco od reszty społeczeństwa, a już na pewno od swoich rówieśników, ale taka jestem i nic tego nie zmieni, bo mnie się to podoba. Podoba mi się bycie panią samej siebie. Mam swoje zasady, których nie złamię.
Zalewam torebkę z cytrynową herbatą wrzącą wodą i stawiam kubek na blacie stołu. Kieruję się do swojej sypialni i porywam laptopa leżącego na szafce nocnej. Wracam do kuchni i kładę na stole komputer, po czym go uruchamiam. W miedzy czasie biorę czyste ubrania i zakładam na siebie, bo nie chcę świecić swoją golizną na prawo i lewo. A nuż znalazłby się jakiś obleśny oprych, który zaglądałby z lornetką przy oczach w moje okna. Ale ze mną nie takie numery. Siadam na krześle i przesuwam pacami po klawiaturze, loguję się na Skype. Przy imieniu Ady świeci się zielona kontrolka, więc nawiązuję z nią połączenie. Chwilę później patrzę na twarz mojej młodszej siostry, która uśmiecha się szeroko, ale nie daję się na to nabrać. Wiem, że jest jej ciężko i nie oszuka mnie. Umiem przejrzeć każdą jej maskę, w końcu nie na darmo jestem aktorką. Maski to moja specjalność. Posyłam siostrze ostre spojrzenie, pod którego wpływem jej uśmiech znika. Wpatrujemy się w siebie, nic nie mówiąc. Mam ochotę trzasnąć ekranem laptopa, ale wydaje mi się to kiepskim pomysłem. Nagana w moim spojrzeniu stopniowo maleje, aż w końcu znika całkowicie. Nie chcę, żeby Ada miała mnie za wiedźmę, która na każdym kroku będzie ją kontrolować i ganić za każdy błąd. Wzdycham głęboko i patrzę na nią z wyraźną troską.
- Jak się trzymasz? – pytam zatroskana.
- Jest okej. – mówi stałą, wyuczoną formułkę, ale opuszcza wzrok na swoje dłonie. Nie musi więcej mówić. Wiem, że nic nie jest w porządku. Nawet najlepszy korektor nie zamaskuje głębokich cieni po oczami po nieprzespanych i przepłakanych nocach. Zmęczenie widać w każdej nowej zmarszczce na jej młodej twarzy.
- Ada. – delikatnie ją upominam.
- Co mam Ci powiedzieć? Że już sobie nie daję rady? Że Cyprian ma mnie w głębokim poważaniu i wymigał się od odpowiedzialności, jak małe dziecko, które ucieka przed konsekwencjami swojego czynu? Że każdej nocy wypłakuję sobie oczy, jakby moje łzy mogły coś zmienić? Przecież to widać.
- Skopać mu dupę? – pytam poważnie. Ada uśmiecha się kącikiem ust.
- Nie trzeba. Sama to zrobię przy najbliższej okazji.
Kilkanaście minut później dochodzi do mnie kwilenie małego dziecka. Ada uśmiecha się delikatnie i patrzy na mnie nieco radośniejszymi oczami.
- Chcesz ją zobaczyć?
- Tak. – odpowiadam i zaczynam się uśmiechać.
Pierwszy raz będę miała okazję zobaczyć moją małą siostrzenicę. Wiem, że jestem okropną ciocią dla małej, ale to nie do końca moja wina. Ada postanowiła sama zmierzyć się z życiem i wyjechała z rodzinnej miejscowości tak, jak ja przed laty. Odcięła się od wiecznych pretensji ojca i wiecznych kłótni z matką. Poszła moim śladem i tak jak ja nie chciała przyjąć do swojego nowego życia nikogo. Rozmowy przez Internet bądź telefon nie zastąpią spotkania twarzą w twarz, ale obie nie jesteśmy chyba na to gotowe. Zbyt dużo bólu. Zbyt dużo wspomnień. Zbyt dużo przeszłości. Na ekranie pojawiła się ponownie moja siostra, ale tym razem trzymała swoją córkę, owiniętą w różowy kocyk. Twarz dziewczynki była okrągła, a włoski na czubku były czarne jak węgiel. Oczy miała tego samego koloru co ja, czyli lśniąco zielone. Uśmiechnęłam się na jej widok. Kto by się spodziewał, że ta kruszyna poruszy moje serce? Na pewno nie ja, ale tak się stało. Spojrzałam na Adę z uśmiechem.
- Śliczna. Jak ma na imię?
- Przedstawiam Ci moją śliczną córeczkę, Ingę.
W tym momencie w moich oczach pojawiły się łzy. Nie mogę udawać twardej, gdy widzę moją siostrę z uśmiechem szczęścia na ustach, choć jeszcze niedawno była w głębokiej depresji. W głowie pojawiają się wspomnienia: moja siostra się przyznaje, że jest w ciąży; krzyk matki; słowa ojca, które choć nie były skierowane do mnie, kuły mnie w serce.. Cieszę się, że Ada znalazła w sobie siłę. Cieszę się, że pomimo nacisku rodziców nie zdecydowała się usunąć ciąży. Teraz widzę, jak bardzo kocha swoją córeczkę i wiem, że nie mogłaby jej skrzywdzić.
- Siostra, ty płaczesz? – słyszę zdumiony głos.
- Wbrew pozorom nie mam serca z kamienia. – uśmiecham się nikle przez łzy. – Kończę już.  Jutro mam premierę i muszę się przygotować. Kocham Was. – mówię szeptem i zamykam laptopa. 

><><><><><><

Witam was ponownie! 
Tym razem już nie będzie żadnych przerw. Jestem tu i będę do końca. ;)

To jest krótkie opowiadanie. Nie ma tu zbyt wiele przemyśleń, refleksji. I właśnie dlatego rozdziały są tak krótkie i raczej różnej długości. Nie będzie ich zbyt wiele. I stąd moje pytanie: Chcecie bym dodawała rozdziały częściej, czy raczej łączyła dwa krótkie w jedno trochę dłuższe? Napiszcie w komentarzu, jak wy to widzicie. 

I mam jeszcze jedną prośbę. Jeśli chcecie, bym was informowała, dajcie mi znać. Może to być przez gg, twittera, na blogu. Obojętnie ;)